środa, 22 stycznia 2014

Szia Budapest !

   Został mi tydzień do wyjazdu. Wiele rzeczy zostawię, wiele nowych zabiorę ze sobą.

   Zostawiłam dom na pół roku i teraz już nie wiem gdzie jest "dom". Brakowało mi drukarki, głośników i pianina, ale nadrobiłam to wieloma rzeczami, których nie doświadczyłabym w Polsce. Nie żałuję.

   Gdzie mnie poniesie dalej? Nie wiem, ale gdzieś na pewno. Sylu wagabunda. Minimalizm uwolnił mnie od miejsca i od trudności pakowania się w jedną walizkę. Jestem wolna, bo tak wybrałam i nie oddałabym tego za nic.

   Sylu, opanuj się, brzmisz patetycznie. Wybaczcie. 

sobota, 28 grudnia 2013

czwartek, 7 listopada 2013

Przeprowadzki

   Z różnych powodów w ciągu ostatnich dwóch miesięcy (z kawałkiem) przeprowadzałam się trzy razy. Moje obecne mieszkanie nie jest idealne, ale nie mam już siły szukać niczego lepszego, a i tak zostały mi tu tylko trzy miesiące, z których część spędzę w Polsce (święta), część w rozjazdach (Turcja, może nawet Włochy), a część po prostu poza domem z wielu innych powodów.

   Mieszkam w małym pokoiku, który przez mojego chłopaka nazwany został celą więzienną. Ciekawe, bo ja pomyślałam o nim tak dopiero wtedy, kiedy on to powiedział. Uświadomiłam sobie jak bardzo zmieniło się moje myślenie i podejście do kilku spraw. Nie wiem, ile tu mam metrów kwadratowych, może dwanaście jakby się dobrze przyłożyć. Mieści się łóżko, biurko, kosz na śmieci i dwie podwieszane materiałowe pseudo-szafki z Ikei. I zadziwiająco, mieszczę się tu doskonale. Brakowało mi tylko lustra oraz nocnego stolika, więc w cenie 1 euro nabyłam małe lusterko, a stołek z kuchni został moją nową szafką.

  Tak wiele przeprowadzek uświadomiło mi też inną rzecz. Kiedy tu przyjeżdżałam miałam ze sobą tylko walizkę i plecak. A przeprowadzanie się z jednego miejsca na drugie generowało większe ilości toreb. Bo a to pościel, a to kupione na miejscu kosmetyki czy oliwa z oliwek. Gromadzę nieświadomie i nieuchronnie.

   Ale nie o to chodzi, żeby nie gromadzić w ogóle, a żeby gromadzić rozsądnie. Mam nadzieję, że mi się to udaje.

   A poza tym wszystkim to jestem bardzo szczęśliwa. Staram się niczego nie oczekiwać, żeby zawsze być pozytywnie zaskoczoną bardziej niż rozczarowaną tym, co przynosi życie. A moje życie tu przynosi mi cudowne rzeczy.

   Gdyby ktoś chciał wiedzieć jakie, to zapraszam tu.

piątek, 11 października 2013

Na starych/nowych śmieciach

   Minął już ponad miesiąc odkąd zamieszkałam w Budapeszcie i śmiało mogę powiedzieć, że uczyniłam go swoim domem.

   Jak to możliwe? Odkąd przedmioty przestały mieć dla mnie znaczenie, najważniejsze stało się to, co robię, jak się czuję, ile inwestuję w doświadczenia. A tu inwestuję bardzo dużo. Ludzie wokół mnie są niesamowici i to chyba oni sprawili, że nie tęsknię za domem.

   Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście, że tęsknię, ale nie jakoś dotkliwie. Oczywiście, że wolałabym mieć tu obok mnie moich przyjaciół, ale tak to już jest, że podróżnicza dusza nigdzie nie zazna spokoju.

   Brakuje mi tylko drukarki (Mini Copy Shop zarabia na mnie miliony) oraz pianina. Udało mi się jednak spotkać fortepian w Wiedniu, więc moi Francuzi otrzymali minikoncert z małymi "lazy improvisations".

   Jestem szczęśliwa. A wyjazd tu tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że muszę być w ruchu, bo inaczej zastój mnie zabije. A gdyby ktoś chciał moje przygody prześledzić można tu:


niedziela, 1 września 2013

Na walizkach

   Pierwszy raz w życiu siedziałam na walizkach. Nie "na walizkach", czyli jednej walizce, którą zabierałam w podróż, ale "na walizkach", w które spakowany był cały dom.

   Co innego, gdyby ktoś tu zostawał, a życie toczyło się dalej. Ale mieszkałam sama, a moje gniazdko poszło do wynajęcia, musiałam zwolnić trochę miejsca przyszłym lokatorom. Popakowałam wszystkie moje rzeczy, zostawiłam całe wyposażenie uniwersalne, takie jak pościel, garnki, talerze. Koniec końców moich rzeczy nie było jakoś specjalnie dużo, ale i tak bez nich zrobiło się pusto.

   Całkowicie nieznane mi uczucie. Nie wiem nawet jak je określić. To nie była pustka. Z jednej strony ekscytacja moim nowym życiem tu, w Budapeszcie (więcej o tym poczytać można tu), a z drugiej, czy ja wiem, nostalgia? Zostawiłam tam niezły kawałek mojego życia i ruszyłam dalej. Mam nadzieję, że z odpowiednim bagażem, a przyjadę z innym. Doświadczeń.

   A kiedy wrócę pewnie okaże się, że mogłam obejść się bez większości rzeczy, które zostawiłam...

   Z innych spraw bieżących: w Budapeszcie wróciłam do jogi, ledwo kwadrans albo dwa, ale za to codziennie. Zobaczymy, czy starczy mi zapału. Kiedyś bardzo to lubiłam, więc może i teraz endorfiny w mojej głowie każą mi zostać na właściwym torze.

   Rozwijam się na wielu płaszczyznach i uwielbiam to uczucie. 

środa, 24 lipca 2013

Wielkie pakowanie

   Nie było mnie tu chwilę lub dwie, ale mam dobrą wymówkę. Najpierw dużo biegałam, potem doszło zaliczanie sesji oraz kończenie roku w szkole muzycznej, a na koniec udałam się na zasłużony odpoczynek. Gdzie tak biegłam? Do Budapesztu. Mentalnie oczywiście, bo fizycznie znajdę się tam dopiero pod koniec sierpnia.

   Wyjeżdżam na pół roku i w związku z tym muszę przed wyjazdem zrobić mnóstwo rzeczy. Początkowo byłam przerażona ilością spraw do załatwienia, ale stworzyłam listę i wpisałam na niej ponad 30 punktów. Listy mnie uspokajają, przywracają mi kontrolę nad sytuacją. W ciągu tygodnia z ponad 30 zeszłam do 17, wliczając w to te punkty, które były dopisywane na bieżąco.


   Ponieważ lecę samolotem na mojej liście znalazł się też punkt dotyczący próbnego pakowania. Spakowałam praktycznie wszystkie moje ubrania, kosmetyki, buty i... okazało się, że jest tego mniej niż 20 kg. W związku z tym pakuję się w dwie walizki i zabieram ze sobą rzeczy takie jak pościel czy kurtkę na zimę, żeby zminimalizować moje wydatki na miejscu.


     Wzięłam ze sobą kilka potrzebnych drobiazgów...


...ale pakowanie sprawiło, że zrobiłam kolejny przegląd w mojej garderobie i rzeczach w ogóle. Wyjazd na tak długo zmienił całkowicie moje podejście do rzeczy, których bałam się wyrzucić. Fakt, wciąż są takie, których nie jestem w stanie się pozbyć, ale jest ich zdecydowanie mniej. Dobytek wydaję znajomym lub potrzebującym. A ja jestem lżejsza. Głównie psychicznie.


   Jeśli chodzi o rzeczy, które zostawiam to są to: notatki, które będą mi potrzebne do napisania mojej pracy inżynierskiej, materiały potrzebne do skończenia szkoły muzycznej, segregator z wszelkimi umowami i ważnymi papierami, pudełka z płytami (kolekcja zdecydowanie się ograniczyła), sukienki (mam ich tyle w związku z występami, natomiast do Budapesztu biorę tylko dwie, jedną koktajlową, a drugą na tańce), pudełko z pamiątkami i zdjęciami (tu też przegląd był robiony już dwukrotnie), kilka książek, których nie zdążyłam sprzedać, kilka, których nie chcę się pozbyć oraz parę innych drobiazgów. Z rzeczy, których wyrzucić nie mogę i nie chcę, a których również nie mogę wziąć zostawiam snowboard z oprzyrządowaniem, pianino oraz drukarkę i głośniki.



   Może wyszła z tego trochę wyliczanka, może nie policzyłam wszystkich rzeczy, które mam, takich jak talerze czy odkurzacz, ale traktuję to zupełnie inaczej, bo nie o samą liczbę chodzi. Pakowanie na tak długi wyjazd uświadomiło mi, że minimalizm doprowadził mnie do miejsca, w którym czuję się szczęśliwa i wolna. Na pewno jeszcze nie wolna na tyle, żeby spakować się w jeden plecak i ruszyć przed siebie, ale wolna w mój własny, niepowtarzalny sposób. Zdjęłam z siebie jakieś psychiczne okowy, które sprawiały, że bałam się działać. 

   A teraz, przez całkowity zbieg okoliczności, może okazać się, że zaplanowałam sobie trzy lata mojego życia i że w tym czasie będę robić rzeczy, o których inni tylko marzą, ale już się nie boję. Najwyżej nie wyjdzie, wtedy przynajmniej będę wiedzieć, co poprawić następnym razem.

  Z podróży planuję prowadzić nowego bloga, którego adres pojawi się tu pewnie już niedługo. Tym optymistycznym akcentem kończę i mam nadzieję, że teraz będę odzywać się częściej. Życzcie mi dużo szczęścia, bo... przyda się. 


niedziela, 26 maja 2013

Myśli nieokrzesane

   Dziś Dzień Matki, więc spędziłam go z moją. Pogadałyśmy sobie trochę o jej i o moim życiu, o naszych obawach, o tym, że mam jeszcze czas na wszystko.

   Bo boję się, że może jednak nie robię dość, że powinnam zapisać się na  fiński w moim mieście wielkich możliwości. I że po co mi ta szkoła muzyczna, skoro nic z nią nie mam w planach potem robić. Może za bardzo odciąga mnie od mojego toru? A może właśnie mnie na niego wprowadza?

   I tak sobie to wszystko mielę w głowie i myślę, że jednak trzeba trochę czasu w swoim życiu poświęcić na pasję. I że może jeszcze zdążę nauczyć się fińskiego... I że w sumie nie potrzebuję dużo pieniędzy, więc za czym ja tak właściwie gonię. Głęboki wdech i już wiem, że wcale nie jestem w złym miejscu i że dużo rzeczy robię dobrze. Żyję.


   Tymczasem idę ćwiczyć moje rozpływanie się w zachwytach po angielsku nad drukarkami 3D...